Rosja zaatakuje Gruzję
Atak na Tbilisi ma nastąpić jeszcze tego lata i poruszyć domino, którego upadek doprowadzi do nowej zimnej wojny. Polska będzie państwem frontowym, wspieranym przez Niemcy.
Przerażające wizje snuje dziś w wywiadzie dla dziennika "Polska. The Times" Andriej Piontkowski. To rosyjski naukowiec, analityk i opozycjonista, dyrektor Centrum Studiów Strategicznych w Moskwie. W rozmowie z Tomaszem Pompowskim nie pozstawia złudzeń.
Rosja jak nigdy dotąd gotowa jest do rozpoczęcia nowej wojny.
Piontowski przekonuje, że ten pęd do walki wynika ze słabości największego z naszych sąsiadów.
Rosja jest dziś najsłabsza gospodarczo i paradoksalnie militarnie od czasów objęcia władzy przez prezydenta Putina w 2000 r. W ostatniej dekadzie nie powiodły się żadne testy nowoczesnej rosyjskiej broni. Bank Światowy w tym tygodniu ogłosił, że rosyjska gospodarka skurczy się bardziej, niż prognozowano. Produkt krajowy
zmniejszy się o 7,9 proc. jeszcze w tym roku.
Wojna z Gruzją - jak podkreśla rosyjski analityk - ma doprowadzić do wzrostu cen ropy i gazu (przez terytorium tego biegną strategiczne rurociągi), a także upokorzyć Stany Zjednoczone. Pierwsze strzały mogą paść już w najbliższych tygodniach.
Kilka dni temu podobne ostrzeżenia wygłaszał Andriej Iłłarionow, były doradca premiera Władimira Putina. Twierdził on, że uderzenie na Tbilisi nastąpi 6 lipca. Wtedy na Kaukazie kończą się manewry rosyjskiej armii, a w Moskwie z wizytą będzie bawił sam Barack Obama. Co więcej, z końcem czerwca region muszą opuścić obserwatorzy wojskowi z ramienia ONZ i OBWE. Rosja nie zgodziła się na przedłużenie ich mandatu.
Piontkowski podziela tę argumentację, jego zdaniem Dmitrij Miedwiediem i Putin dadzą rozkaz do natarcia jeszcze przed 20 lipca, chcąc zablokować wizytę wiceprezydenta USA Joe Bidena w Gruzji. Rosyjski analityk ostrzega, że Kreml próbuje powtórzyć scenariusz inwazji Hitlera na Polskę w 1939 r. Jak mówi, w tamtejszych mediach trwa właśnie kampania propagandowa przeciwko Gruzji. Jej prezydent Micheil Saakaszwili jest oskarżany o szykowanie ataku na Rosję. Gdyby jednak Moskwa naprawdę bała się gruzińskiej inwazji, nie wyrzucałaby międzynarodowych obserwatorów z Kaukazu.
Wynik ewentualnego starcia wydaje się przesądzony. Gruzja nie pozbierała się jeszcze po poprzedniej wojnie. Saakaszwili musi się zmagać z opozycją otwarcie żądającą jego ustąpienia, a państwa NATO są jeszcze mniej skłonne bronić go przed Rosją niż rok temu. Nawet Lech Kaczyński ostatnio siedzi cicho.
Rosyjskie zwycięstwo na Kaukazie będzie miało doniosłe konsekwencje. Piontkowski:
Będzie to pierwsza wojna typu hitlerowskiego po II wojnie światowej. (...) Udowodni ona, że Rosja wstaje z kolan. To wojna o rozszerzenie lebensraum, przestrzeni życiowej dla Federacji Rosyjskiej. Rosja doprowadzi do utraty suwerenności Gruzji. I uzyska absolutną kontrolę nad złożami wokół Morza Kaspijskiego.
Waszygton raczej nie będzie chciał na to pozwolić, ale Obama niewiele może zrobić. Według rozmówcy dziennika "Polska" jedynym sposobem jest zamrożenie przez Zachód kapitałów rosyjskich oligarchów, wysokich oficerów i funkcjonariuszy służ specjalnych. Czyli ludzi, na których opiera się reżim Putina. Piontkowski uważa jednak, że amerykański prezydent nie wykona takiego ruchu. Chyba, że przekona go do tego - i tu uwaga - Angela Merkel, z którą Obama spotyka się dziś w Waszyngtonie.
Niemcy nie wierzą już w powodzenie budowy gazociągu pod dnem Bałtyku. I podobnie jak USA są przerażone wizją wojny w Gruzji. Zdają sobie bowiem sprawę, że kolejnym państwem na liście jest Ukraina, a potem kraje bałtyckie. A wówczas Polska pozostałaby jedynym zderzakiem NATO.
Śmiałe tezy - lepiej, żeby nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości. Z polskiego punktu widzenia nowa zimna wojna nie staje się bowiem ani trochę mniej straszna przez to, że tym razem imperium zła będzie po drugiej stronie.
Źródło:
Bartosz Kowalczyk, Pardon.pl
Przerażające wizje snuje dziś w wywiadzie dla dziennika "Polska. The Times" Andriej Piontkowski. To rosyjski naukowiec, analityk i opozycjonista, dyrektor Centrum Studiów Strategicznych w Moskwie. W rozmowie z Tomaszem Pompowskim nie pozstawia złudzeń.
Rosja jak nigdy dotąd gotowa jest do rozpoczęcia nowej wojny.
Piontowski przekonuje, że ten pęd do walki wynika ze słabości największego z naszych sąsiadów.
Rosja jest dziś najsłabsza gospodarczo i paradoksalnie militarnie od czasów objęcia władzy przez prezydenta Putina w 2000 r. W ostatniej dekadzie nie powiodły się żadne testy nowoczesnej rosyjskiej broni. Bank Światowy w tym tygodniu ogłosił, że rosyjska gospodarka skurczy się bardziej, niż prognozowano. Produkt krajowy
zmniejszy się o 7,9 proc. jeszcze w tym roku.
Wojna z Gruzją - jak podkreśla rosyjski analityk - ma doprowadzić do wzrostu cen ropy i gazu (przez terytorium tego biegną strategiczne rurociągi), a także upokorzyć Stany Zjednoczone. Pierwsze strzały mogą paść już w najbliższych tygodniach.
Kilka dni temu podobne ostrzeżenia wygłaszał Andriej Iłłarionow, były doradca premiera Władimira Putina. Twierdził on, że uderzenie na Tbilisi nastąpi 6 lipca. Wtedy na Kaukazie kończą się manewry rosyjskiej armii, a w Moskwie z wizytą będzie bawił sam Barack Obama. Co więcej, z końcem czerwca region muszą opuścić obserwatorzy wojskowi z ramienia ONZ i OBWE. Rosja nie zgodziła się na przedłużenie ich mandatu.
Piontkowski podziela tę argumentację, jego zdaniem Dmitrij Miedwiediem i Putin dadzą rozkaz do natarcia jeszcze przed 20 lipca, chcąc zablokować wizytę wiceprezydenta USA Joe Bidena w Gruzji. Rosyjski analityk ostrzega, że Kreml próbuje powtórzyć scenariusz inwazji Hitlera na Polskę w 1939 r. Jak mówi, w tamtejszych mediach trwa właśnie kampania propagandowa przeciwko Gruzji. Jej prezydent Micheil Saakaszwili jest oskarżany o szykowanie ataku na Rosję. Gdyby jednak Moskwa naprawdę bała się gruzińskiej inwazji, nie wyrzucałaby międzynarodowych obserwatorów z Kaukazu.
Wynik ewentualnego starcia wydaje się przesądzony. Gruzja nie pozbierała się jeszcze po poprzedniej wojnie. Saakaszwili musi się zmagać z opozycją otwarcie żądającą jego ustąpienia, a państwa NATO są jeszcze mniej skłonne bronić go przed Rosją niż rok temu. Nawet Lech Kaczyński ostatnio siedzi cicho.
Rosyjskie zwycięstwo na Kaukazie będzie miało doniosłe konsekwencje. Piontkowski:
Będzie to pierwsza wojna typu hitlerowskiego po II wojnie światowej. (...) Udowodni ona, że Rosja wstaje z kolan. To wojna o rozszerzenie lebensraum, przestrzeni życiowej dla Federacji Rosyjskiej. Rosja doprowadzi do utraty suwerenności Gruzji. I uzyska absolutną kontrolę nad złożami wokół Morza Kaspijskiego.
Waszygton raczej nie będzie chciał na to pozwolić, ale Obama niewiele może zrobić. Według rozmówcy dziennika "Polska" jedynym sposobem jest zamrożenie przez Zachód kapitałów rosyjskich oligarchów, wysokich oficerów i funkcjonariuszy służ specjalnych. Czyli ludzi, na których opiera się reżim Putina. Piontkowski uważa jednak, że amerykański prezydent nie wykona takiego ruchu. Chyba, że przekona go do tego - i tu uwaga - Angela Merkel, z którą Obama spotyka się dziś w Waszyngtonie.
Niemcy nie wierzą już w powodzenie budowy gazociągu pod dnem Bałtyku. I podobnie jak USA są przerażone wizją wojny w Gruzji. Zdają sobie bowiem sprawę, że kolejnym państwem na liście jest Ukraina, a potem kraje bałtyckie. A wówczas Polska pozostałaby jedynym zderzakiem NATO.
Śmiałe tezy - lepiej, żeby nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości. Z polskiego punktu widzenia nowa zimna wojna nie staje się bowiem ani trochę mniej straszna przez to, że tym razem imperium zła będzie po drugiej stronie.
Źródło:
Bartosz Kowalczyk, Pardon.pl




